czwartek, 6 sierpnia 2015

#CośNaZąb - Quest Nutrition, Quest Bar Mint Chocolate Chunk

Miłość, to twardy orzech do zgryzienia.
Zwykle zakochujesz się w mgnieniu oka. W dodatku ślepo, nie dostrzegając żadnych wad przyszłego partnera. No dajmy na to taką sytuację - urlop we Władysławowie, no dobrze niech będzie, że w Sopocie, nieważne... Chodzi jedynie o całkowitą utratę rozsądku dla przystojnego mężczyzny o imieniu Witold, który jest sezonowym sprzedawcą na plaży. Jego donośny głos, wołający co kilka kroków "Lody i popcorn sprzedaję" sprawia, że zaczynasz tracić rozum. Kiedy wreszcie widzisz jego umięśnione i opalone ciało ach... miękną Ci kolana. Rozsądek już dawno wyrzuciłaś do morza, a w głowie kłębi się plan: wybierasz datę ślubu, sukienkę się wypożyczy, a pierścionek? całe szczęście, że w Aparcie są promocje - Ty to jednak zaradna jesteś, ten Witek to szczęściarz. Sielanka trwa w najlepsze, aż w końcu pęka jak bańka mydlana po 7 dniach przeznaczonych na urlop. Wicio zostaje w pracy, ale spokojnie, obiecujecie sobie pisać, dzwonić i utrzymać związek na odległość. To sytuacja przejściowa, zresztą spotkacie się niedługo. Na znak prawdziwej miłości dostajesz od niego serduszko z napisem "Love" z pobliskiego straganu. Teraz już jesteś pewna, że to coś więcej niż tylko przelotne zauroczenie.
Mija trochę czasu, emocje opadają, zaczynasz trzeźwo patrzeć na sytuację i postanawiasz odwiedzić go ponownie. Całe szczęście Twój zatopiony rozsądek dryfuje już blisko brzegu, a Tobie udaje się go wyłowić. Spotykasz Witka, ale on w niczym nie przypomina tego opalonego faceta z Twoich snów. Czar pryska, jego numer z komórki również, a Ty próbujesz usprawiedliwić się przed światem z tego niezrozumiałego zdarzenia. Hmmm... może poprzednio upał był za duży i miałaś zwidy?! albo ta cola! pewnie w tej coli był alkohol...
no nic, takie życie

 
Ostatnio, podobne odczucia budzi we mnie firma Quest. Kocham ich produkty od pierwszego wejrzenia wgryzienia. Przeboleję już nawet ten nieudany cytrynowy batonik, nikt nie jest przecież idealny. Jednak w oczekiwaniu na kolejne smaki, ujrzałam na ich stronie wariant Mint Chocolate Chunk. Serce mi zadrżało... Szczerze nienawidzę połączenia mięty z czekoladą. To trochę tak jakby myć zęby i przegryzać czekoladę albo w najlepszym przypadku żuć gumę (koniecznie zieloną Orbit) i zostać poczęstowanym kawałeczkiem gorzkiej.... tu nawet wysoka zawartość kakao nie pomoże :( dlatego nasza miłość został wystawiona na próbę, ciężką próbę. Początkowo zastanawiałam się, czy w ogóle kupić ten wariant smakowy, a może lepiej przemilczeć tę wpadkę... ale kiedy nadarzyła się ku temu okazja (w postaci taniości) zaryzykowałam...

Opakowanie jakie jest każdy widzi :)  Szata graficzna nie odbiega niczym od pozostałych Quest'ów, a użyte kolory jak zwykle sugerują nam smak owego batonika. 


Przejdźmy więc do konsumpcji: Drżącymi dłońmi, niepewnie otwieram opakowanie. Niech się dzieje wola Nieba... Głęboki wdech i czuję.... chocolate brownie? hmmm.... jeszcze raz, głęboki wdech... tak, chocolate brownie, a w tle nieśmiała nutka mięty. Ucieszyłam się, nie powiem, gdyż bardzo bałam się intensywnego zapachu mięty. 
Po wyjęciu batonika z opakowania, moim oczom ukazał się niezbyt atrakcyjny brązowy zlepek (ale co tam, w miłości nie tylko wygląd się liczy), gdzieniegdzie prześwitywały zielone kawałeczki "czegoś", co zapewne w smaku jest miętowe. 


Z niemałą obawą odgryzam pierwszy kawałek. Spokojnie, nie jest źle, czuję czekoladę :) ale po chwili moją buzię zalewa fala orzeźwienia. Co prawda nienachalna, ale dobrze wyczuwalna mięta. Batonik, to ta sama kompozycja smaku co chocolate brownie, miękka i bardzo czekoladowa. Dodano do niego również kawałki ciemnej czekolady, które przyjemnie chrupią pod zębami, a także kawałeczki "czegoś", co łudząco przypomina białą czekoladę, z którą mamy do czynienia w wariancie raspberry white chocolate, ale tym razem o aromacie miętowym.


Podsumowując: Mint Chocolate Chunk, to stanowczo propozycja dla fanów połączenia mięty z wyrazistą, gorzką czekoladą. Ja niestety jestem trochę zawiedziona, baton był zjadliwy, ale jednak... to nie wystarczy abyśmy stworzyli stały związek, oparty na wzajemnej szczerości i zaufaniu... tak jak to było z Witkiem.

Ocena końcowa




Powiem Wam w tajemnicy, że ostatnio prócz Questów jeszcze inne batony podbiły moje kubki smakowe, ale o tym będzie następnym razem :)

poniedziałek, 20 lipca 2015

#CośNaZąb - Baton Warszawski smak Śliwka i Cynamon

Dużo się działo, a mało pisało... Ostatni wpis 25 czerwca?! To absolutnie niepoważne z mojej strony.
Po takim czasie powinnam być albo zrelaksowana niczym po egzotycznych wakacjach z palemką w tle, albo wynudzona po wszelkie czasy. Tyle, że nic bardziej mylnego. Relaks, to słowo, które aktualnie nie występuje w moim słowniku, a nuda dopadła mnie ostatnio na lekcji geografii w liceum. Czyli - dzieje się.

Zalatana, zapracowana, zmęczona i znerwicowana, o tak! Ale to wszystko w dobrej wierze moi drodzy, bowiem zmian na lepsze ciąg dalszy :) W tym całym zamieszaniu człowiek potrzebuje czasem oderwać się i coś przekąsić- smacznego, słodkiego, ale i zdrowego - no wiecie, tak w nagrodę. Niestety typowy batonik musli zawierający mnóstwo cukrów, dwucukrów i wielocukrów oraz "witamin" E... eeee, nie - skład skutecznie zgasił mój zapał.
Ale, ale... jest coś nowego, innego, czyżby rewolucyjnego? Co takiego?

Ladies and Gentleman! Przedstawiam: BATON WARSZAWSKI!


Czymże jest ten twór? "To fuzja tradycji i nowoczesnej wiedzy z zakresu dietetyki. Produkowany tylko z naturalnych, nieprzetworzonych składników zapewnia najlepszą jakość oraz recepturę wynikającą z pasji zdrowym żywieniem."

Brzmi zachęcająco, ale podejdźmy fachowo do tematu i rozłóżmy wszystko na czynniki pierwsze.

Dostępne smaki: śliwka i cynamon, figa i goja z miodem gryczanym, żurawina i czekolada.
Ja pod lupę wzięłam smak śliwki z cynamonem.

Batonik zapakowany jest w folijkę i beżową tekturkę z napisem "Baton Warszawski". Prosty i elegancki design sprawia wrażenie, że ktoś cofnął czas (a może wysłał mi batona z poprzedniej epoki?), a ja czuję się zaklęta w innej czasoprzestrzeni ;) 

Rzućmy okiem na skład: mąka gryczana, siemię lniane, słonecznik, sezam, olej kokosowy, śliwka suszona, miód wielokwiatowy, ksylitol, cynamon, woda - prosto, zwięźle i na temat.


Gdy otworzyłam (rozkleiłam?) folię poczułam cudowny zapach, będący mieszanką cynamonu, suszonych owoców i świeżego chlebka... wprost narkotyzujące doznanie. Kojarzy mi się z zimowymi wieczorami i rozgrzewającą herbatką. Wyciągnęłam batonik i przyjrzałam mu się chwilkę. Ma owalny kształt i wszędobylskie ziarenka..

Czas na pierwszy gryz.... kruchy, choć giętki zarazem. Na pewno nie jest to zwykły zlepek nasionek i pesteczek, a ziarenka wcale się nie osypują. Batonik jest bardzo dobrze wypieczony, nie jest spalony, ani tym bardziej surowy. Ku mojemu zdziwieniu posmak gryki nie wybija się na prowadzenie. Doskonale czuć cynamon i słodycz suszonych śliwek, które wraz z pozostałymi ziarnami tworzą cudowne połączenie, które otwiera nam wrota do prawdziwej rozkoszy! Aż dziwne, że baton jest tak naturalny!


"Warszawski" naprawdę mnie zaskoczył, pozytywnie żeby nie było wątpliwości. Nie jest zbyt słodki, ma wyrazisty i przyjemny smak, a w dodatku syci na długo. Nie raz jadłam domowe ciasteczka z kategorii tych zdrowych, ale baton warszawski ma w sobie jednak coś innego, wyjątkowego. Czyżby sekret tkwił w pasji z jaką jest wytwarzany? Zapewne, ponieważ w składzie nie widzę żadnego tajemnego składnika!

Podsumowanie? Chciałabym go tytułować królem, fenomenem i wszystkim tym co jest hiper, ekstra i naj! Chciałabym napisać, że jest cudowny, jedyny, wspaniały, przepyszny... i wiecie co? Mogę to zrobić, bo taki właśnie jest!
Tylko niestety... wszystko co dobre, szybko się kończy :( tak jest i z tym batonikiem. Całe szczęście, że można kupić go w pakiecie na cały tydzień! - KLIK

Wartości odżywczych nie podano na opakowaniu.

Ocena końcowa:

Psssyt, psssyt.... w dodatku ostatnio obiło mi się o uszy, a raczej o oczy, żeeee panowie od Chocapica przestaną wylewać czekoladę na żyzne pola pszenicy (problem z glutenem, te sprawy) i zajmą się batonem warszawskim! A czekolada też nie byle jaka, bo prosto od Zottera!!!

czwartek, 25 czerwca 2015

#CośNaZąb - Zmiany Zmiany wegański baton sportowy Petarda

Aloha Kochani!
Jak wiecie postanowiłam diametralnie zmienić swoje życie, zacząć doceniać błahostki i odpychać od siebie wszelkie przeciwności losu. Ale nie tylko... obiecałam sobie również poprawę kilku brzydkich nawyków, oswajanych przez lata, które zamieszkały we mnie na dobre.Walka ze sobą o siebie do najprostszych nie należy, ale wyzwanie podjęłam, więc zmieniam i kropka. No!

Niestety pogoda w naszym kraju wielkim planom i zmianom nie sprzyja, przypomina raczej Bollywood ("Czasem słońce, czasem deszcz"). Ja się jednak nie poddaję i jak zwykle szukam wspomagaczy!

Tym razem natknęłam się na ekipę Zmiany Zmiany (rozumiecie sami, że nazwa firmy od razu mnie przekonała). Oferują oni batony z naturalną, wegańską, bezglutenową dawką supermocy! Wszystkie warianty smakowe inspirowane są ich własnymi doświadczeniami: nieprzespanymi nocami, spędzonymi na długich rozmowach, wyprawami na odludzie, czy niezapowiedzianymi wyjazdami - a jak wiadomo nic z tego na głodniaka się zrobić nie da! Tak więc żadna katastrofa w naszej galaktyce nie jest im obca!

Kiedy stajesz na ringu z problemami, odpowiedz ciosem "Lewym sierpowym".
Nie stać Cię na urlop na Hawajach? - "Aloha" jest lepszy niż bilet na wyspy!
Jeśli czujesz, że na świecie jest za mało przestrzeni dla Ciebie - podróż w "Kosmos" to idealny wybór.

Ok, super, tylko co ze mną? Każdy baton zachęca, ale ja potrzebuję czegoś, co naładuje mój wewnętrzny akumulator i napędzi do zmian! jednak... ekipa Zmiany Zmiany wprowadziła zmiany nowość na nasz rynek w postaci "Petardy" - czyli teoretycznie coś dla mnie!


Do batona podchodziłam ostrożnie... nazwa, która przywodzi na myśl traumatyczne wspomnienia z nocy sylwestrowej, do tego kwaśne maliny w składzie- to wszystko pozostawiało nutkę niepewności, ale skusiłam się! Lubię ryzyko ;) Opakowanie bardzo estetyczne, trochę retro i dla odmiany nie jest szaro-czarne, jak w pozostałych wariantach smakowych, ale tym razem posiada fioletowe tło ;)

Skład: Daktyle, pestki dyni, morwa, maliny, orzechy nerkowca, orzechy brazylisjkie, nasiona chia, spirulina.


Czas na konsumpcję... po otwarciu opakowania, czuć zapach mieszanki suszonych owoców, sama natura. Gdy wyjęłam batona, moim oczom ukazała się zbita, ciemnobrązowa masa z różnokolorowymi kropeczkami (wiem jak to brzmi, ale takie są fakty :p). Nie czekając dłużej odważyłam się na pierwszy kęs. Od razu poczułam, że baton nie jest tak twardy jak pozostałe wersje smakowe, jest też bardziej wilgotny. Masa zawiera mnóstwo malutkich pesteczek, które bardzo przyjemnie chrupią pod zębami. Maliny są dobrze wyczuwalne i ku mojemu zdziwieniu nie są kwaśne! Podejrzewam, że jest to zasługa pozostałych, bardzo słodkich owoców użytych do produkcji batona. Całość stanowi cudowną, słodką kompozycję, która jest nie tylko smaczna, ale i zdrowa.

Obawiałam się trochę, że Petarda okaże się zwykłym niewypałem lub zamiast obiecanych fajerwerków dostanę zimne ognie, ale nic podobnego się nie stało. 

 Podsumowanie może być tylko jedno: Petarda, Stary! :)


A ode mnie otrzymuje ocenę:

środa, 17 czerwca 2015

#Kosmetycznie - Sól do kąpieli Dresdner Essenz ATLANTIK

Świat kosmetyków jest tak rozległy jak ocean - niemożliwe jest przepłynąć go w całości, bez jakiejkolwiek pomocy... 
Ale nie wpadajcie w panikę, przypływam na ratunek!
Ostatnia recenzja na blogu była bardzo słodka, dlatego dziś dla równowagi posolę tu trochę. 

Na pokładzie ląduje sól do kąpieli Dresdner Essenz o zapachu ATLANTIK


Jak sugeruje nazwa oraz grafika przedstawiona na opakowaniu, mamy do czynienia z produktem inspirowanym Atlantykiem - Morzem Atlasa. Czy wiecie, że starożytni Grecy twierdzili, iż ocean, to gigantyczna rzeka opływająca całą kulę ziemską? A średniowieczni żeglarze nazywali Atlantyk, Morzem Ciemności! Bali się odpływać zbyt daleko od brzegu, ponieważ uważali, że sięga on krańców świata! 
Dziś brzmi to zabawnie, ale im na pewno nie było do śmiechu :)

No nic, ja na pewno pojechałabym na wakacje na przykład na taką Gran Canarie, leżącą na Oceanie Atlantyckim i stworzyła własne "Pamiętniki z wakacji", ale niestety, póki co muszę szukać alternatyw dla takiego wypoczynku ;)

Tu z pomocą przyszła mi wcześniej już wspomniana sól do kąpieli.
Saszetka niepozorna, 60gramowa, szata graficzna przedstawia wzburzone fale oceanu - estetycznie i tajemniczo zarazem ;) Napisy na opakowaniu oczywiście w języku niemieckim, ale dystrybutor nie zawiódł, znajdziemy na odwrocie naklejkę z opisem w języku polskim.

"Sól do Kąpieli ATLANTIK zapewnia odświeżenie oraz chwile pełnego relaksu. Morski świeży zapach, połączony z cennymi minerałami i ametystem zapewnia relaksującą kąpiel, odświeża i zaspokaja tęsknotę za morzem. Mentol i naturalne olejki miętowy i eukaliptusowy ożywia ciało i umysł. Intensywnie składniki pielęgnacyjne rozpieszczają skórę zauważalnie i zapobiegają utracie wilgoci."

Skład: Maris Sal, Solanum Tuberosum Starch, Parfum, Sodium Methyl Oleoyl Taurate, Hydrated Silica, Helianthus Annuus Hybrid Oil, Sodium Chloride, Panthenol, Allantoin, Hydrolyzed Wheat Protein, Menthol, Amethyst Powder, Citric Acid, Eucalyptus Globulus Leaf Oil, Mentha Spicata Herb Oil, Aqua, Geraniol, Linalool, Citronellol, Limonene, CI 42090

Sól zawiera między innymi: olej z nasion słonecznika, panthenol, alantoinę, proteiny pszeniczne, naturalny olejek eukaliptusowy, naturalny olejek miętowy oraz ametyst.

To, co niewątpliwie wyróżnia markę Dresdner Essenz, to fakt, iż do produkcji kosmetyków nie stosuje drażniących detergentów, olejów mineralnych oraz alkalicznego mydła!


Świeży, morski zapach ulatnia się jeszcze przed otwarciem saszetki, przez malutką dziurkę, zrobioną specjalnie, aby przed zakupem sprawdzić, czy aromat nam odpowiada. Sól rozpuszcza się całkowicie, do ostatniego kryształka, pozostawiając przepięknie zabarwioną i pachnącą wodę :) Według zaleceń producenta kąpiel powinna trwać ok. 20 minut. I wiecie co? Wszystko co dobre, szybko się kończy, ale relaks był niezapomniany ;) Aromaterapia, którą proponuje nam marka Dresdner Essenz, to cudowny sposób na ukojenie naszych zmysłów i odprężenie całego ciała :)

Podsumowując: Recenzja żelu pod prysznic marki Dresdner Essenz pojawiła się już jakiś czas temu na blogu, dziś powtarzać się nie będę, a jedynie potwierdzę, że każda kolejna nowość tej firmy nadal utrzymuje najwyższą jakość. Jeśli macie ochotę, choć na moment zapomnieć o codziennym świecie i odpocząć, to ta sól na pewno Wam w tym pomoże ;) Za 7,50zł można się naprawdę przyjemnie zrelaksować ;)
A jeśli wolicie wakacje w tropikach - spróbujcie soli AMAZONAS :)

A kupić możecie na:


http://www.bathing.pl/

poniedziałek, 15 czerwca 2015

#CośNaZąb - Rise Bar Almond Honey Protein+

Cierpicie czasem na przerost ambicji? Chcecie wykonać swoją pracę najlepiej jak tylko umiecie (i rzeczywiście wykonujecie ją!), ale potem okazuje się, że codzienność wokół Was została zaniedbana? Kwiatki zwiędły, na zakurzonej szafce z łatwością można napisać "brudas", a stertę naczyń, która zalega w zlewie można wykorzystać do gry Jenga? Nie? A ja ostatnio tak miałam... i to nawet gorzej! Bo w rzeczywistości zaniedbałam samą siebie. Co prawda sama rekultywacja terenu mojego mieszkania poszła całkiem sprawnie (dziękuję Mamo :*), ale kiedy wreszcie dokopałam się do pewnej tajemnej szafeczki w moim pokoju, w której kitram zapasy batonów proteinowych... moim oczom ukazała się totalna pustka :( no dobra, może nie totalna, ale na pewno zapasy były mocno uszczuplone...
 
Całe szczęście schemat postępowania w sytuacji kryzysowej jest prosty - zamówienie w sklepie internetowym. Nie oszukujmy się, nie będę dźwigać kilku pudełek batonów ze sklepu stacjonarnego, wolę żeby kurier mnie w tym wyręczył ;) Zatem pospiesznie wklepałam adres sklepu w przeglądarkę. Wszystko na pewno poszłoby sprawnie, gdyby nie fakt, że zamiast wyszukać w ofercie sklepu sprawdzonych batonów Quest, ja niestety ugrzęzłam w półkach sklepowych kategoriach produktów noooo i się zaczęło...
Niestety albo i stety oprócz wspomnianych wcześniej Questów, zamówiłam także mnóstwo innych batonów.
 
Ale po kolei... dziś przedstawię Wam proteinowca, z którym wiązałam największe nadzieje. 
Jest nim Rise Bar Almond Honey Protein+ Bar.


Nazwa bez wątpienia mówi nam, że od tego batona będziemy rosnąć, wzrastać, unosić się... jak twierdzi producent jest to czyste źródło energii dla naszych mięśni i właśnie one powinny nam po nim urosnąć! Zwykle grafika znajdująca się na opakowaniach produktów przedstawia konsumentom propozycję podania. Podejrzewam, iż w tym przypadku producent chce nam zasugerować, że ten baton działa wyłącznie w połączeniu z uprawianiem windsurfingu... inaczej mięśnie nam nie urosną :(

Tak czy siak skład zachwyca: migdały, miód, izolat białka serwatkowego - a to wszystko organiczne! 


 Produkt jest bezglutenowy, więc każdy kto cierpi na nietolerancję glutenu (niezależnie od tego czy jest to fanaberia, czy potwierdzona klinicznie przypadłość) może spać zjeść go spokojnie. 
Można rzec: cud, miód i migdały.

Baton po wyjęciu z opakowania pachnie... chałwą, bezapelacyjnie. Estetyka wykonania jest tak samo nijaka jak przypadku Questa - beżowa, matowa, zbita masa, która zupełnie nie przypomina klasycznego batona (znów mogę porównać go do chałwy - sami zobaczcie).

Pierwszy kęs iiiiii czuję miód, po chwili hmmm.... nadal miód i jeszcze więcej miodu, a na sam koniec jakby posmak mleka. TAK, to mleko z miodem, a raczej miód z mlekiem. Baton jest smaczny, ale bardzo słodki, 60g to stanowczo za dużo jak na jednorazową przygodę, więc musiałam ją sobie podzielić na 2 epizody :)

Podsumowując: Baton był dobry, choć trochę za słodki. Warto po niego sięgnąć choćby ze względu na idealne makro, ale w kwestii doznań smakowych niestety Questom nie dorównuje. Jeśli nadarzyłaby się taka okazja z chęcią spróbowałabym innych wersji smakowych, ale niestety nie są dostępne w Polsce.


OCENA KOŃCOWA

poniedziałek, 8 czerwca 2015

#FilozoficznePoniedziałki - Nie wiem kim jestem!

Ostatni wpis dwa tygodnie temu... jednak nieśmiało i z pochyloną głową powracam.

Przeglądałam ostatnio swoje zdjęcia z przeszłości. Tak, tego cudownego, utraconego raju jakim są "dawne czasy". Na tych zdjęciach wydaję się być taka szczęśliwa i uśmiechnięta.
Skłoniło mnie to do refleksji i przypomniałam sobie kilka zdarzeń z życia, kiedy byłam naprawdę dumna z tego, co w ówczesnym czasie osiągnęłam... Pomyślałam, że chciałabym być taka jak dawniej.
 
Kiedy przejrzałam całą kolekcję zdjęć, wreszcie się ocknęłam. Taka jak kiedyś, czyli jaka? 
Spojrzałam w lustro. Niewiele się zmieniło, nie pojawiły się żadne zmarszczki, włosy jedynie trochę dłuższe, ale na pewno nie siwe, choć życie mnie nie oszczędza... ciało wygląda niemal tak samo jak kiedyś, jednak nadal coś mi nie pasuje. Czuję, że zupełnie nie znam osoby, którą widzę w lustrze. To nie jest ta dawna, uśmiechnięta Karola, która mimo ciągłego narzekania, umiała spontanicznie cieszyć się z najmniejszych rzeczy.
 


Powoli uświadamiam sobie, że nie chodzi o to jak wyglądam, nie to się zmieniło. Stało się coś, czego nie potrafię zidentyfikować, co zmieniło mnie w środku. To „coś” spowodowało, że nagle straciłam kontakt z rzeczywistością i zatraciłam się głęboko w siebie. 
Wykreowałam potwora?



To wszystko stało się tak szybko, że nawet nie wiem kiedy straciłam kontrolę nad swoim życiem.
W odbiciu widzę dziewczynę, która przypomina dawną mnie, ale tylko z wyglądu. W rzeczywistości za kierownicą mojego życia zasiadł szaleniec, który nie posiada prawa jazdy i nawet nie chce dowieźć nas do celu... Męczy mnie i siebie, ale nie mamy możliwości od siebie odpocząć.

Kiedy znajomi opowiadają mi o swoich trudnych momentach i życiowych problemach, zazwyczaj mówią o kłopotach w związku, niezaliczonym egzaminie, ewentualnie o tym, że ich wymarzona praca wcale nie jest tak idealna, jak im się wydawało.

To nie są problemy, które ja przeżywam... Nie przeglądam godzinami katalogu IKEA w poszukiwaniu idealnych dodatków do mojego wymarzonego mieszkania, nie zastanawiam się nad kolorem ścian, wysokością kredytu...
Ja mam zupełnie inne problemy. 
Nie poznaję osoby, której odbicie widzę codziennie w lustrze, zupełnie jej nie znam! 
Pędzę przez piekło i nie umiem odpowiedzieć na pytanie kim tak naprawdę jestem. 
Tak jakby fragment mojej świadomości gdzieś się zagubił lub został skasowany, a dysk sformatowany... teraz muszę zapisać go na nowo.
Jedno wiem na pewno, póki jestem w tym piekle, nie mogę się zatrzymać, muszę biec dalej, bo gdy zwątpię – spłonę.

Czuję zupełną pustkę, którą trudno nazwać... może to dorastanie?

poniedziałek, 25 maja 2015

#FilozoficznePoniedziałki - Recovery Cha(lle)nge...

...życie do poprawki

Poniedziałek.
Poniedziałek w pracy.
Praca w korporacji.
Raport za raportem. Tabelki, kolumny, sortowanie danych...
Miłość do Excela jest nieodzowna, a nawet jeśli jej nie ma... zostanie narzucona razem z powitalnym Welcome Pack'iem.
Taki dzień dopuszcza jedynie negatywne myśli. Zaczyna się wzdychanie, narzekanie. Tracisz energię, zdrowie, czas... jesteś wiecznie przygnębiony. Szara, smutna egzystencja, a raczej - totalna pustka. Stajesz się jak Werter i jego Weltschmerz. Każdy dzień wygląda tak samo, a po pewnym czasie to nawet wygodne, bo przecież nic Cię nie zaskoczy. RUTYNA... 
To tylko przykład tego jak wygląda dzień przeciętnego człowieka, który z życia jest wiecznie niezadowolony.

Ale hej! Może czas powiedzieć STOP?! Nie chcę już tak żyć! Jeśli sam tego nie zrobisz, ta lawina smutku nadal będzie lecieć w dół, aż w końcu zaleje Cię całkowicie! Nie zatrzyma się nigdy! 

Masz wrażenie, że to co jest teraz, to swego rodzaju czyściec, taka poczekalnia, bo kiedyś na pewno będzie lepiej ;) Za parę lat zaczniesz żyć, a teraz musisz jeszcze tylko "skończyć studia", "zarobić pieniądze", "znaleźć faceta" albo inną wymówkę.
Ale kiedyś... kiedyś, będziesz szczęśliwy, piękniejszy. W najlepszym wypadku jeśli zdajesz sobie sprawę z własnego położenia, to odłożysz zmianę "na jutro".
Niestety, to tylko teoria. W rzeczywistości ten idealny moment do zmian nie nadejdzie, a jeśli nawet nadejdzie, to prawdopodobnie skończy się szybciej niż zacznie. Zawsze znajdzie się jakaś przeszkoda, która jest większa niż siła naszych marzeń i celów! Nieprawdaż?
Wydaje Ci się, że na wszystko przyjdzie czas. Na pewno będziesz szczęśliwa i zrealizujesz jeszcze kiedyś swoją "to do" listę.
A co, jeśli Twoje życie wcale nie potrwa już zbyt długo? Chcesz umrzeć nieszczęśliwy, smutny i niespełniony? A to wszystko dlatego, że nie masz czasu/chęci/motywacji na realizację własnych marzeń. Wolisz kisić się w tej beznadziejności...
Pewnie, możesz czekać na zbawienie, wygraną w totka, szukać godzinami w internecie motywujących obrazków i cytatów... nadal tracić czas. Ale może zanim wygrasz na loterii, wykorzystaj ten los, który dostałeś wraz ze swoim życiem i weź się w garść. Zadbaj o siebie sam, robiąc krok ku lepszemu życiu. Nie odkładaj tego na jutro, zacznij działać! Przestań czekać na inspirację lub wenę, tylko rusz swoje cztery litery! Jeśli zobaczysz choć minimalne efekty swojej ciężkiej pracy, to od razu znajdziesz motywację. Nad szczęściem i sukcesem trzeba się napocić, nikt nie mówi, że będzie łatwo... ale pomyśl, jaka to będzie satysfakcja, jeżeli wreszcie Ci się uda ;) "Aby wygrać, trzeba grać", a jeżeli nigdy nie zaczniesz, nie będziesz mieć szans na wygraną.

Zmień nastawienie i zacznij doceniać to co masz - każdego dnia! Bo prawda jest taka, że inni zazdroszczą Ci tej nudnej pracy i umiejętności... ale nie możesz stać w miejscu, bo za jakiś czas może okazać się, że się cofasz, a wtedy sam już tego nie opanujesz. Walcz o to, co jeszcze chcesz osiągnąć!

Jeśli zależy Ci na tym, to zacznij...
Razem ze mną
Dzisiaj
:)